Po pierwsze: Platon i syndrom barda.
W swoich „Dialogach” od razu zaczął od marudzenia. Przedstawił pomysł, że muzyka – generalnie tak, ale tylko w służbie edukacji moralnej. Jako że od zawsze był on (i nadal jest) mega ważniakiem wśród mózgowców humanistycznych, kimś w rodzaju CEO filozofii, takie myślenie o muzyce ugruntowało coś więcej niż modę – nazwijmy to (a co!) paradygmatem tego, co i jak się komponuje, gra, pisze i jak ma być wykonane. Uważał, że muzyka jest odbiciem boskiego porządku świata. Wszystko, co piękne, musi być harmonijne, a wszystko, co harmonijne, musi być dobre. Koniec kropka. Żadnych wyjątków, żadnych „ale”, żadnych dysonansów i heavymetalowych ryków.
Dlaczego? Bo porządek to cnota, a cnota to dobro, a dobro to Bóg. A Bóg – przez duże „B” – nie może grać na rozstrojonej gitarze. Czyli mamy takie coś: prostota, żadne tam dzikie rytmy, eksperymenty formalne – tylko „prawilne”, spokojne pieśni. Załóżmy w ramach eksperymentu myślowego, że jeśli Platon podłączyłby się dzisiaj do Spotify, to możemy zgadywać, że roast na techno, house, pop, rap i inne współczesne gatunki poszedłby największy! Cóż, jedno możemy założyć z dużym prawdopodobieństwem – byłoby to roastowanie w pięknym stylu i może ustami Sokratesa?
Albo wyobraźmy sobie Platona w klubie w Berlinie; podchodzi on do DJ‑a i ze śmiertelną powagą pyta go, jak to całe „Bum Cyk, Bum Cyk” ma nauczyć kogokolwiek… cnót. Kłopot w tym, że wydaje się, iż Platon bardziej zajmował się wyciszaniem muzyki niż jej tworzeniem. Kto wie, może gdyby go postawić za konsolą, tak by się wkręcił, że jego filozofia z muzyką wygrałyby razem „Taniec z gwiazdami” (taka sobie gra słówek), a nie tylko wymieniły spojrzenia i poszły każda w swoją stronę, obrażone na wieki. Dla Platona muzyka była narzędziem wychowania. Czego słuchasz, tym się stajesz!
Arystoteles — Sting, a nie żądli.
Gdyby Arystoteles żył dziś, to nie wiem, czy trzymałby gitarę, ale wiem, że nie cierpiałby kakofonii. To byłby taki Sting filozofii: spokojny, uładzony, ubrany we flanelę, albo sprany t‑shirt i mówiący o etyce zanim przejdzie do refrenu, a w refrenie próbujący pogodzić świat mówiąc, że Rosjanie też kochają swoje dzieci. Tekst z treścią, muzyka z klasą, żadnego wrzasku. Trochę jazz, trochę pop, wszystko w złociutkim środeczku! Ani beat, ani Bach – raczej coś, co można puścić na kolacji z teściową, która zwykle, co wynika z mojego doświadczenia ma swoje atrybuty – refleksja (dużo refleksji), emocja (jeszcze więcej emocji), ekspresja (najwięcej ekspresji).
Arystoteles nie gardził emocjami – uważał, że muzyka może oczyszczać duszę (katharsis). On, w przeciwieństwie do swojego mentora (Platona), nie traktował muzyki jak uciążliwego balastu, a nawet broni masowego rażenia dla rozumnej części duszy. W „Polityce” pisał o muzyce jako narzędziu wychowawczym, ale też przyjemnościowym, czyli: tak, może porządkować duszę, ale też – hola hola – może po prostu sprawiać przyjemność.
Nie miał obsesji na punkcie formy ani zakazu instrumentów. Raczej zdroworozsądkowe (apropos, facet oprócz koncepcji złotego środka, właściwie stworzył teorię rozsądku) „zagraj, ale nie przeginaj”. Idealny kompan do filozoficznego afteru – słucha, kiwa głową, podtupuje, nie moralizuje. Może nawet zatańczyłby „przytulango” do „Dance me” Cohena, tylko cicho, w kącie, żeby Platon nie widział.
Boecjusz za Moog’iem — mistrz ambientu.
Skaczemy do średniowiecza, czasu kiedy muzyka przestaje być rozrywką, stając się… jakimś mistycznym algorytmem dla całego kosmosu. Weźmy na przykład Boecjusza – żył on w czasach, gdy wszelka filozofia musiała mieć kontakt z niebem, bo na ziemi panowały mroki…średniowiecza, a przynajmniej dziś się tak powszechnie uważa, lecz ja nie podtrzymuje tego stereotypu, gdyby mnie ktoś o zdanie zapytał. Boecjusz podzielił muzykę na trzy poziomy: musica mundana – muzyka kosmosu, musica humana – muzyka duszy i ciała, oraz musica instrumentalis – czyli to, co faktycznie słychać uszami, jak ktoś zagra na lirze, flecie albo – dziś – na Gibsonie Les Paul’u.
W skrócie to wygląda tak: kosmos gra, ciało tańczy, instrument akompaniuje. Doskonała synchronizacja. Jak dobrze dobrana playlista: coś na rozruch poranka (musica humana), coś do pracy (instrumentalis), a wieczorem – wiadomo, gwiazdy grają na dobranoc (mundana). Boecjusz byłby dziś albo DJ-em ambientowym, albo twórcą aplikacji do medytacji z tłem dźwiękowym strojonym w naturalnych częstotliwościach Ziemi, a nie 440Hz dla dźwięku A, według widzi mi się (videtur mihi) jakiś rad, czy fundacji Rockefellerów.
Nie sposób przy tej okazji nie wspomnieć o teorii grającego wszechświata. Na długo przed tym, zanim Newton oberwał jabłkiem, nie wiedziano, że kosmos wypełnia… próżnia (kosmiczny oksymoron!). Mówiono nawet, że świat próżni nie znosi, a może nawet boi się (horror vacui). Ludzie nie mieli pojęcia, że w próżni dźwięk się nie rozchodzi. Ale za to zauważyli, że planety i inne ciała niebieskie krążą po okręgach. Chyba aż do czasów Keplera miały to nawet być prawdziwe, okrągłe okręgi, jak cyrklem wyrysowane, no bo gdzieżby Bóg tworząc świat nie umiał narysować okręgu dla trajektorii takiego Marsa? Skoro wszystko krąży w pewnym proporcjach, odległościach, interwałach, no i są to ciała tak wielkie (to już ludzie dawno zrozumieli, że gwiazdy, nie są malutkimi jak drobinki kurzu migoczącymi diamencikami na obracającym się płótnie), to pewnie poruszając się, brzmią. I nazwano to „muzyką sfer”. Od Pitagorasa do Keplera uważano, że planety nie tylko się obracają, ale jeszcze czynią to z taką gracją, że wydają przy tym dźwięki. I ja ten pomysł bardzo lubię — mógłbym żyć w czasach, kiedy niebo grało! Co prawda była to muzyka niesłyszalna dla ludzkiego ucha, ale prawdziwie obecna! Dla dzisiejszego sceptyka to może brzmieć jak new-age’owa bajka, ale pomysł był piękny: porządek kosmosu wyrażony nie tylko liczbą, ale dźwiękiem. Jeśli świat byłby muzyką, to każde życie byłoby jak jeden z jej głosów. Moje też! Może ja byłbym trochę fałszującym ogniwem w tym chóralnym łańcuchu, ale przynajmniej robiącym swoje.
Schopenhauer – najsmutniejszy balladzista w ekipie.
Wiele stuleci po Platonie, Artur Schopenhauer, mistrz filozoficznego szlagwortu, to mógłby być dziś rasowy bluesman. Och tak! Człowiek, który twierdził, że życie to niekończące się cierpienie, wygrałby na oklaskomierzu za autentyczność. Jednocześnie głosił on pogląd, że muzyka jest najczystszą formą sztuki, bo jak nic wyraża wolę życia. No i nie mogę się powstrzymać, i nie wyobrazić sobie Schopenhauera jako tego gburka, ponurego koleżki, który na imprezie samym swoim staniem w kącie sali stanowi przeciwwagę dla naiwnej euforii śpiewających grupowo i na całe gardło: „Don’t worry. Be happy!”. Wyobrażam go sobie raczej jako kogoś, który wchodzi na parkiet tylko po to, aby oświadczyć: „Wszyscy jesteśmy jedynie marionetkami w rękach cierpienia”.
Mimo wszystko, trzeba mu przyznać, że dla muzyki zrobił bardzo wiele. Docenił ją – chyba jako pierwszy w ten sposób – pokazując w swoich pismach, że jest to znacznie więcej niż rozrywka. Dla niego muzyka była jedyną sztuką, która dotyka samej istoty bytu. Inne dziedziny – malarstwo, literatura, teatr – to tylko odbicia idei. A muzyka? Muzyka to idea sama w sobie. Przedsionek do Absolutu. W skrócie: nie potrzebujesz znać słów. Nie potrzebujesz wiedzieć, o czym jest utwór. Nie musisz rozumieć kontekstu. Jeśli cię porusza – to znaczy, że porusza coś głębiej niż słowa. Bingo, dotykasz metafizyki. Można powiedzieć, że zaprosił on muzykę do gmachu filozofii, ale tylko do przedsionka, żeby nie zrobiło się tam zbyt optymistycznie.
Nietzsche – (goth) metalowiec z „wonsem”.
Jeśli Schopenhauer byłby mistrzem szlagwortu, to Nietzsche byłby Boooogieeem (choć to ryzykowne, nazywać tak filozofa, który zasłynął z powiedzenia „Gott ist tot”). Nietzsche, który generalnie gardził wszystkim, co nie było jego własnym pomysłem, muzykę traktował ze szczególną estymą. Kochał Wagnera, potem go znienawidził, ale przez całe życie pozostał pod wpływem idei, że muzyka to coś więcej niż ozdoba. Jest ona bowiem formą wyrazu, wyprzedzającą słowa.
Najważniejsze w tej opowieści jest to, że on nie tylko pisał, ale i komponował. Nie żartuję! Podobno były to całkiem ambitne kawałki, choć nie oparły się złośliwościom złych języków. Krytyka jego muzyki szła mniej więcej w takim kierunku: słuchanie jej, to jak jedzenie vegeburgera – rozumiesz ideę, doceniasz, że się ktoś przy tym napracował, ale ostatecznie wiesz, że coś tu… nie gra (kolejna taka sobie gra słów). A im dalej, tym śmielej zadajesz sobie tylko jedno pytanie: „po co?”
A teraz ciekawostka z życia Nietzschego apropos Wagnera. Kiedy jeszcze był on blisko związany z Richardem Wagnerem i jego żoną Cosimą, podarował jej swoją kompozycję fortepianową zatytułowaną Heldenklage – czyli „Skarga bohatera”. Intencja była szlachetna, muzyka… no cóż, mówiąc delikatnie, nie zachwyciła. W trakcie kameralnego wykonania w ich domu, Wagner – bez słowa – wyszedł z pokoju, nie chcąc słuchać dalej. Podobno nie powiedział ani słowa krytyki, ale czym są słowa wobec wymownej ciszy i trzaśnięcia drzwiami? Od tego momentu relacja między filozofem a kompozytorem zaczęła się kruszyć.
Nietzsche dał muzyce status najważniejszej ze sztuk w swoich pismach, twierdząc, że pozwala ona przekraczać granice logiki. Tym łatwiej jest mi go sobie wyobrazić na scenie w skórzanych portkach na tle płonącego napisu „Bóg jest martwy”, przed tłumem skandującym jego imię z uniesionymi rękami, zaciśniętymi pięściami, lecz sterczącymi małym i wskazującym palcem u dłoni. Nawet jeśli jego fortepianowe etiudy nie przeszły do historii, to jego filozoficzny vibe nadal pulsuje.
Czy komuś w ogóle udał się szczęśliwy mariaż filozofii z muzyką?
100% porażki:
Kant – bez wątpienia superliga filozoficzna, może ciut bardziej kojarzony za sprawą wiecznie żywego imperatywu kategorycznego, czystych kategorii intelektu, położenia kamienia węgielnego pod zbudowany przez Husserla pałac fenomenologii, niż rozprawiania o muzyce. Pytanie – czy Kant w ogóle próbował zrozumieć muzykę? Legenda głosi, że raz usłyszał skrzypce, spojrzał, wzruszył ramionami i powrócił do swojego zajęcia pisania grubych książek z jeszcze grubsza filozofią.
100% sukcesu:
Leonard Cohen – udowodnił, że filozofowanie, pisanie poezji i bycie muzykiem można zmieścić w jednym człowieku. Oczywiście nie mówimy tu o wykładzie uniwersyteckim z cytatami z Arystotelesa. Jego piosenki – zwłaszcza te pierwsze – są jak medytacje egzystencjalne przy gitarze. Może gdyby Nietzsche żył w czasach Cohena, sam nie dałby rady nie uronić łezki przy „Hallelujah”? Czy odważyłby się wtedy napisać: „Gott ist tot”?
Czy współcześnie, w zalewie wszędobylskiej tandety, tandem muzyki i filozofii ma sens?
Dla mnie odpowiedź twierdząca jest oczywista. Tak! Artyści formatu Boba Dylana, czy Nicka Cave’a, czy wśród naszych rodzimych bardów – Jacka Kaczmarskiego, Andrzeja Garczarka, Jana Kondraka – wciąż pokazują światu, że muzyka, a ściślej – piosenka, może mieć głębię, dawać powód do refleksji, zadawać filozoficzne pytania. Nawet w popkulturze o skali globalnej można znaleźć ślady filozofii – i to wcale nie na siłę. Czyż śpiewanie Adele o miłości i stracie, czy nieśmiertelne piosenki Agnieszki Osieckiej, nie są przyczynkiem do rozważań na temat kondycji duszy ludzkiej w ogóle? Czy jestem zbyt optymistyczny w swojej ocenie? Być może… lecz zdaje się, że nie tylko ja.
Na koniec: czy muzyka i filozofia to udany związek?
Nic na siłę – jak w ludzkich relacjach. Zwłaszcza że para filozofia–muzyka już z założenia gwarantuje, że będzie to związek trudny i burzliwe będzie ich życie. W takich związkach gwarantowane są tylko dwie drogi: magiczna lub katastroficzna. Ale może to jest właśnie siła i sekret – w tej energii symultanicznego przyciągania i odpychania jak w tangu, w tej karkołomnej próbie znalezienia uniwersalnego języka, który porusza serducho i głowę? Ostatecznie przecież i jedno, i drugie powinno być robione z miłości, co filozofia ma nawet w swojej nazwie – Phileo znaczy: kochać. Taki imperatyw. A jak wiadomo (hę, hę, tu musi pojawić się sentencja po łacinie): Amor gignit amorem (Miłość rodzi miłość).
Więc jeśli kiedyś poczujesz w sobie pieśń jak Schopenhauer, w najbardziej ponurym dniu życia, wystarczy przypomnieć sobie słowa Przybory, że „piosenka jest dobra na wszystko” – i dalej: „to klinek na spleenek” – i już nawet najbardziej dołująca filozofia życia zyskuje nieco melodyjności.
Pomyślałem, że zakończę ten krótki i nie do końca poważny przegląd relacji muzyki i filozofii, dzieląc się z wami moim snem. Przyśniło mi się kiedyś, że młody, leciutko zawiany Dylan, zbłądziwszy gdzieś w drodze pomiędzy Nashville a Chicago, przenosi się w czasie i przestrzeni. Odnajduje się w Gaju Akademosa, gdzie leciutko wstawiony Platon odpoczywa na trawce pod drzewem, lub na drzewie po trawce. Jedyne, co mnie w tym śnie zdziwiło, to fakt, że oni byli mówili tym samym językiem i… był to język polski! A potem sobie zaśpiewali piosenkę, oto jej fragment, który udało mi się zapamiętać:
W cieniu drzewa siedzi Platon
W czoła bruzdach bzdury ma on
Coś o Pięknie gada, Prawdzie,
Które są, lecz nie wie sam, gdzie…
Ile można kit tak wciskać?
Krzyczy Dylan z naprzeciwka
Tu na Ziemi, pod Księżycem
Walka jest! Na śmierć i życie!
Więc na to Platon: harmonia jest kluczem
Który otwiera zamknięte dusze
Na świat idei wiecznych i tych niezmiennych
Z dala od łez i spraw codziennych
Dylan:
Ty mówisz: „Harmonia”, ja: Harmonijka
Refren, riff, akord, mocna nawijka,
Która połączy się z DNA
Wyciągnie człowieka z samego dna
Nie szukaj formy, nie licz na pewność
Muzyka płynie. A wieczność…?
Grasz do ostatniej struny na gicie
Ten jeden koncert nazwany życiem
Hej, Ty, co jesteś szeroki w barach
Mówi Ci ten, co go w barach grywają:
Prawdziwa jest tylko ta pieśń i gitara
I to, że czasy się ciągle zmieniają
Dylan: Trzym się, Broda!
Platon: Szerokości, Brother!
Tekst: Dawid Gębala
Grafika: Justyna Rojek-Linda
Czytajcie felieton w Filozofuj tutaj
Filozofuj
